Poznaj tajemnice przeszłości - Jezu jak dawno nie pisałam...
Strona głównaJezu jak dawno nie pisałam...
Dzieje się tyle, że nie mam czasu pisać. O pracy magisterskiej już nawet nie wspomnę.
Ale może od początku. Był luty, zimno jak diabli więc na zajęcia pomykałam w kożuchu z kapturem nasuniętym na głowę. Po drodze zaczepił mnie jakiś koleś wyglądający na przeciętnego żula. Zapytał czy nie chciałabym popracować do portretu. Mówił bardzo niewyraźnie, a ja zatrzymałam się dopiero na przejściu dla pieszych. Uparł się, że chce mnie narysować.
- Ale dlaczego ja?
- Bo od pani bije taki dźwięk, taka kobiecość - zachwycał się
Przyznam, że miło mi było zrobić na kimś takie wrażenie, ale byłam sceptyczna. Facet przedstawił się jako Wincenty Święcicki i poprosił o mojego maila. Dałam bez oporu, przecież maila zawsze można zignorować i nie odpowiadać. Po powrocie z uczelni sprawdziłam w internecie kto to taki i okazało się, że niejaki Wincenty Święcicki zajmuje się kreowaniem wizerunków firm i osób (ciekawe czy nad swoim też pracował). Po jakimś czasie odebrałam maila o następującej treści:
"Witam,
kiedy można zobaczyć się, aby zacząć zrobić Twoje wizerunki ?
pozdrawiam
Wicek"
W odpowiedzi zapytałam czym się zajmuje, jak miałaby wyglądać nasza współpraca, co miałabym robić, co będę z tego miała i czy mógłby mi pokazać swoje przykładowe prace. Odpowiedź brzmiała następująco:
"Zajmuję się robieniem wizerunków otoczenia (projektowe, graficzne). Wizerunki mają ukazywać Twą urodę energii magnetyzmu, z dostosowaniem do możliwości inspirowania. Można zobaczyć się w publicznym miejscu i zacząć wstępne szkice, z nich większe wizerunki wstawiane do galerii, uzyskując do podziału przychody na zasadzie prowizji. Inne zajęcia Ci nie uciekną, masz na nie dziesiątki lat. A urody potem nie będzie, dopóki jest w szczytowej formie, nie przygasaj i dojrzyj ją, aby mogła promieniować i procentować. W."
Zawiłe to takie jakby facet był na haju, więc nie przekonało mnie. Matka była zachwycona tym, że ktoś chce malować portrety jej córy, ale ojciec podzielał mój sceptycyzm. Znajomi reagowali różnie, ale wszyscy byli zgodni co do jednego: nie wolno mi iść do niego samej. W końcu postanowiłam olać sprawę z powodu braku czasu i energii i tak czas płynął...
Aż spotkaliśmy się znowu koło uczelni. Nie poznał mnie, bo znów zaproponował współpracę w ten sam sposób. Przypomniałam, że juz wymieniliśmy e-maile na ten temat i powiedziałam, że aktualnie nie mam czasu na spotkanie. Napierał i nalegał uporczywie, lecz ja techniką zdartej płyty powtarzałam "Będziemy w kontakcie, jak już mówiłam będziemy w kontakcie." itd. W końcu dał za wygraną, a ja nie odezwałam się więcej. Czasami zastanawiam się jednak czy dobrze zrobiłam, może powinnam była się zgodzić? Co o tym myślicie?
Comacold 2010-11-14 22:53:08
skomentuj (4)
|